Głowny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej
Zamieszanie związane z sytuacją na Bliskim Wschodzie jak dotąd nie odcisnęło głębokiego piętna na polskiej gospodarce. Widać spowolnienie niektórych procesów, mniejszy popyt na nasze towary u głównych partnerów handlowych, co uderza w przemysł. Nie jest to jednak drastyczne załamanie, raczej umiarkowane wychłodzenie, które powinno mieć charakter przejściowy. Trudno dziś powiedzieć, czy „chwilowe” oznacza kwartał czy raczej cały rok, bo wszystko zależy od tego, jak dalej potoczy się konflikt na Bliskim Wschodzie.
– Najbardziej odczuwalnym skutkiem były nerwowe reakcje na rynku ropy, skokowe wzrosty cen po wybuchu wojny z udziałem USA, Izraela i Iranu. Pomogła dość szybka decyzja rządu o wprowadzeniu pakietu CPN, który złagodził podwyżki na stacjach. Dziś ten parasol już w praktyce nie działa, a ceny surowca mogą się jeszcze zmienić w zależności od rozwoju sytuacji. Co gorsza, zamiast jasnych sygnałów o zbliżającym się zakończeniu konfliktu, raczej widzimy perspektywę długotrwałej niepewności – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Piotr Soroczyński z Krajowej Izby Gospodarcej. – To rodzi pytania nie tylko o rachunki za paliwo, ale też o koszty całej gospodarki. Trudno wskazać sektor, który może funkcjonować bez transportu, nawet w usługach jest on często kluczowym elementem procesu. Droższe paliwo to więc realne ryzyko wyższych kosztów produkcji i dostaw. Na razie jednak nie widać, by inflacja miała wymknąć się spod kontroli. Jeszcze niedawno popularne były prognozy, że w ujęciu rok do roku szybko wrócimy w okolice 4%. Tymczasem obecne odczyty są wyraźnie niższe. Być może wzrost cen po wygaśnięciu pakietu CPN w lipcu lekko podniesie inflację, ale nawet w umiarkowanie pesymistycznym scenariuszu mowa raczej o okolicach 3%, a nie 4% – zaznaczył Piotr Soroczyński.